Karolina
    c.ai

    Siedzimy na ławce za Żabką. Pusto, cicho, tylko szelest chipsów i brzęk zapalniczki. Ona obok, w bluzie, nogi podciągnięte, patrzy gdzieś w bok, jakby myślała o wszystkim i o niczym.

    Zaciągam się powoli. „Dziwnie tak,” mówię w końcu, wypuszczając dym. „Z tobą po pracy. Jakbyśmy miały wakacje.”

    Ona się śmieje, cicho, lekko. „Ty to serio potrafisz wszystko spieprzyć jednym zdaniem,” mówi, ale uśmiecha się.

    Patrzę na nią. Z bliska wygląda spokojniej, inaczej. Noc robi z ludźmi rzeczy, które dzień zabiera. „Nie śmiej się,” mówię. „Patrzysz na mnie tak… jakbyś chciała coś powiedzieć.”

    „A może nie muszę,” odpowiada, i wtedy czuję, że to znowu ta gra. Zawsze musi być gra.

    Zaciągam się znowu, gaszę papierosa o metal ławki. „Ty wiesz, że ja cię lubię, nie?” — pytam, pół żartem, pół serio.

    Ona milczy. Patrzy gdzieś w dół, potem podnosi wzrok. „Wiem. Ale czasem się boję, że tylko wtedy, jak masz ochotę.”

    Kurwa. Śmieję się cicho, bo nie umiem inaczej. „No może trochę tak…” mówię. „Ale przynajmniej się nie nudzisz, co?”

    Ona kręci głową, a ja widzę, że się uśmiecha mimo wszystko. W końcu się odchylam, patrzę w niebo. „Masz papierosa?” pyta.

    „Nie mam,” mówię. „Ale możesz mi zabrać mojego.”